16.07.2017

Rozdział X - Bolączki duszy

Ciemność była wszędzie. Otaczała ją, pochłaniała, ciągnęła się w nieskończoność — niezmącona i spokojna. Jednak było w niej coś niepokojącego. Coś, czego nie dało się dostrzec, a jedynie wyczuć. Coś niebezpiecznego. Nie chciała wiedzieć, co to mogło być. Nie chciała nawet o tym myśleć. Teraz było jej dobrze. Tak bardzo dobrze…
Nie czuła swojego ciała, a jedynie otępienie. Chciała spojrzeć na swoje dłonie, ale ich nie widziała. Czuła, jak nimi rusza, ale ich po prostu nie było. Dlaczego? Takie dziwne uczucie, zupełnie jak chwilę przed snem.
Hah… Zabawne…
Rozejrzała się, ale niczego nie dostrzegła. Czuła jakiś dziwny podmuch powietrza z dołu, który oplatał całą jej sylwetkę, zaczynając od stóp, a kończąc na włosach. To było przyjemne, nawet bardzo. Po chwili już się nie bała, a czuła czyste odprężenie. Zaczęła się zapadać w tej otchłani. Teraz już wiedziała, że tego właśnie pragnęła.
OBUDŹ SIĘ!
Dziecięcy krzyk otrzeźwił ją niczym kubeł zimnej wody. Starała się dostrzec źródło tego wrzasku, ale nic się nie zmieniło. Nie wiedziała, jak to zrobiła, ale odwróciła się. Spodziewała się kolejnej dawki nieprzeniknionego mroku, ale zobaczyła coś innego. W oddali siedziała mała dziewczynka w białej sukience. Pochylała się i łkała, a jej czarne włosy kompletnie zakrywały drobną buzię.
Zorientowała się, że tu jednak była jakaś podłoga. Dziewczynka odbijała się od niej, jak od lustra. Tylko to świadczyło o tym, że jest tu jakakolwiek powierzchnia. To wszystko strasznie ją dezorientowało, ale nie czuła już złości. Była po prostu skołowana.
Zaczęła zbliżać się do dziecka, zupełnie zapominając o jakimkolwiek instynkcie samozachowawczym. Im bliżej podchodziła, tym mniej dziewczynka płakała. Jej szloch odbijał się echem od… Sama nie wiedziała czego. Wszystko w tym miejscu było surrealistyczne i pozbawione sensu.
— Tak po prostu chcesz się poddać? — Dziewczyna przemówiła, a dźwięk jej głosu wbijał się w jej mózg jak nóż. Miała wrażenie, że może go pokroić na kawałki i zjeść. — Zrobiłaś dla niego tyle potworności, a on? Co zrobił?
— O kim mówisz?
— Już zapomniałaś? — Dziewczynka wstała, stojąc do niej tyłem. — Zapomniałaś, jak płonął? Jak krzyczał? Jak płakał? Jak kazał ci uciekać, ratować siebie, zostawić go?! Ale ty jesteś głupia, Katherino. Krążysz po świecie jak dziecko we mgle. Próbujesz go ocalić, ale on nie żyje. Jego spalone ciało nadal krąży po tej marnej ziemi, ale dusza przepadła. Gonisz za duchami.
Katherina nie wiedziała, co ma powiedzieć ani zrobić. Te słowa uderzyły w nią jak młot, pozostawiając cały jej byt roztrzaskany i zniszczony. Ta dziewczynka miała rację. Jej brat umarł, a pozostała ta powłoka, marna imitacja. Jego już nie było. Po czymś takim nie mógł już być taki, jakim go zapamiętała.
Spuściła głowę, czując łzy napływające do oczu. Zorientowała się, że widzi swoje ciało — nogi, ręce, brzuch. To doświadczenie było otrzeźwiające, bo była gotowa zapaść się w tej pustce i nigdy się nie obudzić.
— Kim jesteś? — spytała cicho, niepewnie. Zmarszczyła brwi, postanawiając podejść jeszcze bliżej.
— Naprawdę nie wiesz? — Dziewczynka zaśmiała się najbardziej radosnym, dziecięcym śmiechem jaki w życiu słyszała. Przerażał ją.
Mała odwróciła się nagle i niespodziewanie, jak jakaś lalka, a nie jak człowiek. Jej twarz była biała, podobnie jak oczy. To była ona — mała Katherina. Jej twarz nagle zbladła, a białka przybrały czarną barwę. Oczy zaczęły łzawić smolistymi łzami, a jej usta otworzyły się nienaturalnie szeroko. Dziewczynka ruszyła na nią i popchnęła, a Katherina zaczęła spadać. Leciała i leciała, przeczuwając bolesny koniec swojego nic nie znaczącego życia.
Nie miała powodów, by się hamować, więc krzyczała. Zamknęła oczy, nie chcąc widzieć własnego upadku.

***

Leżała na czymś miękkim. Słońce grzało ją przyjemnie, skutecznie zniechęcając do jakiejkolwiek aktywności. Nawet najmniejszy ruch mógł zniszczyć idealny spokój tej chwili.
Przypomniała sobie o tym, co stało się przed chwilą. Czy na pewno przed chwilą? Katherina zupełnie straciła poczucie czasu. Ta dziewczynka… Czy to naprawdę była ona? A jeśli nadal była w pobliżu?
Zerwała się na równe nogi jak poparzona, od razu zostając oślepioną przez słońce. Musiała zakryć oczy dłonią, czując wręcz ból. Dopiero po chwili była w stanie się rozejrzeć.
Stała na łące, która ciągnęła się w nieskończoność. Była piękna, pełna fioletowych i różowych kwiatów, których słodki zapach był zbawieniem dla zmysłu węchu. Na horyzoncie majaczyło jedno, samotne drzewo, z tej odległości wyglądające na mikroskopowe. Katherina spojrzała w dół, chcąc się upewnić, że ma ciało. Ucieszyła się, widząc swoje kończyny, ale kto ją ubrał? Miała na sobie czarną sukienkę do kolan, z długim rękawem i bufiastymi ramionami. Spódnica była szeroka, jak bombka. Tych rajstop nigdy by sama nie wybrała — czarno-białe paski jej się nie widziały. A może biało-czarne?
Zaczęła iść w stronę drzewa, z braku innych opcji. Trawa i inne rośliny sięgały jej prawie do pasa, zapewniając poczucie bezpieczeństwa, ale też lekkiego niepokoju. W gąszczu mogło czaić się wszystko, ale z jakiegoś powodu jej to nie przerażało. Uważała, że postępuje skrajnie nieracjonalnie, ale co innego mogła zrobić w tym dziwnym miejscu? Tu nic nie miało sensu. Może oszalała? Taka opcja nawet by jej nie zdziwiła.
Gdy znalazła się pod drzewem zorientowała się, że przez cały ten czas nie słyszała ani jednego zwierzęcia. Nie było tu śpiewu ptaków, bzyczenia owadów, szumu wiatru ani nawet odgłosów jej własnych kroków. Jedyne, co była w stanie zarejestrować, to swój spokojny oddech.
Drzewo jak drzewo. Nie było w nim nic wyjątkowego. No, może poza rozmiarem, bo było naprawdę ogromne. Gdy widziała je z oddali, wydawało się dużo mniejsze.
Zmarszczyła brwi i zacisnęła dłonie w pięści. Tu musiało coś być! Ta wielka kupa drzazg by tu nie stała, gdyby nie miała jakiegoś celu. Rozejrzała się raz jeszcze, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że niczego nowego nie znajdzie. Zaczęła okrążać drzewo, licząc na cud. W pewnym sensie dostała to, czego chciała, ale zdobycie ów cudu graniczyło z kolejnym. Kilka metrów nad jej głową znajdowała się dziupla, z której wyciekała dziwna, jaskrawa, błękitna ciecz. Z początku odczuła lekkie obrzydzenie względem tej mazi, ale raz kozie śmierć.
Zaczęła się wspinać, dziękując losowi za tak nierówną powierzchnię drzewa. Gdyby nie to, nie dotarłaby nawet do pierwszej gałęzi, a tak udało jej się to w całkiem przyzwoitym czasie, choć ze sporym wysiłkiem. Nie było tu wielu krawędzi, których mogła się pewnie chwycić, a gdy dotarła do konarów, jeden złamał się pod jej stopą.
Cholera, było blisko. Zbyt blisko.
Odetchnęła i kontynuowała wspinaczkę, oddychając coraz ciężej. Miała wrażenie, że im bliżej celu była, tym gęstszym powietrzem oddychała. A jeśli na górze nie będzie go wcale? Może wylewała z siebie siódme poty tylko po to, żeby się tam udusić? Taka śmierć wydawała jej się jedną z gorszych, jakie mogły ją spotkać. Gdyby mogła wybrać, jak skończy się jej życie, to chyba wybrałaby śmierć nagłą, niespodziewaną. Nawet, jeśli miałoby to oznaczać dekapitację czy inny makabryczny sposób. Nie chciała wiedzieć, że umiera.
Będąc wystarczająco blisko dziupli postanowiła sięgnąć dłonią mazi. Poczuła dreszcz spowodowany obrzydzeniem na samą myśl, ale gdy już udało jej się tego dotknąć to wszelkie uprzedzenia odeszły w niepamięć. Sprawiało to wrażenie bursztynu, choć nigdy takiego nie widziała. Z bliska wyglądało to naprawdę niesamowicie — jakby w środku ktoś zamknął miliony gwiazd. Chętnie zabrałaby trochę ze sobą, ale musiała obejść się smakiem.
Nie było już odwrotu — musiała wgramolić się do środka, choć nie była pewna, czy to w ogóle się uda. Weszła jeszcze wyżej podciągnęła się na krawędzi dziupli, stając na jej brzegu, cały czas starając się utrzymać równowagę i nie poślizgnąć. Spodziewała się, że środek pełen będzie błękitnego bursztynu, ale zionęła z niej ciemność. Spojrzała w dół, ale tam nic nie było. Przypominało jej to studnię, ale nie miała czego tam wrzucić, żeby sprawdzić głębokość. Zdała sobie sprawę, że dna może nie być wcale.
Usłyszała coś jakby pękanie. Szybko spojrzała pod nogi, a potem na boki i w górę, ale drzewo było nienaruszone. Co to mogło być? A jeśli rzeczywiście to drzewo się waliło, jak miała uciec? Przecież była za wysoko! Ale zaraz, zaraz! Odgłosy dochodziły dokładnie z naprzeciwka. Utkwiła wzrok w mroku, chwytając mocniej krawędzie dziupli. Dreszcz przeszył jej ciało, przez co omal nie straciła równowagi, ale kolejny zgrzyt sprawił, że zesztywniała.
Jeśli to znowu ta mała franca, to chyba skoczę. Naprawdę byłam taka jak ona? Niemożliwe?
Odłamki drewna, niebieskiego bursztynu i piasku buchnęły jej w twarz z impetem. Tylko dzięki mocnemu chwytowi nie poleciała do tyłu jak kłoda, choć już po chwili tego żałowała. W jej stronę wysunęły się najpierw dłonie, a potem całe ręce, długie i zniekształcone, a do tego całe w świeżych oparzeniach. Zorientowała się, że jeszcze dymiły.
Szponiaste palce zmierzały w jej kierunku w zawrotnym tempie, choć ona miała wrażenie, że czas zwalnia. Była tak sparaliżowana strachem i szokiem, że nie mogła się ruszyć.
Na Bogów, co to? Zabije mnie? Co mam zrobić? Nie mogę ruszyć nawet palcem!
Chciała krzyczeć, ale nie potrafiła wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Udało jej się rozchylić usta, ale wydobył się z nich tylko żałosny pisk, o który nigdy by siebie nie posądziła. Dopiero, gdy te wstrętne łapska złapały ją za ubranie i pociągnęły do siebie, zaczęła się drzeć jak nigdy wcześniej.

***

Spadła na twardą, suchą ziemię, czarną od spalenizny, jarzącą się jeszcze w niektórych miejscach. Całe ciało ją bolało, ale nie mogła nic z tym zrobić. Zaczęła odczuwać brak jakiejkolwiek nadziei, że kiedykolwiek się stąd wydostanie. Najchętniej zaczęłaby po prostu płakać, ale co by to zmieniło? No właśnie, nic. Nie zostało jej nic innego jak wstać, poprawić koronę i stawić czoła temu, co ją tu sprowadziło.
Niebo było tu zachmurzone, a na horyzoncie widziała migające pioruny. Było przeraźliwie ciemno, choć wystarczająco jasno, by widzieć w miarę wyraźnie. Sceneria przypominała łąkę, ale wypaloną do cna. Dopiero po chwili dostrzegła też drzewo, ale nie było już tak piękne i zielone jak poprzednio. Nie ostał się na nim nawet jeden listek, a pień był czarny, zgnity i śmierdział niemiłosiernie. Nad nim unosiło się stado robactwa, a w zanikającym drewnie widziała paskudne, białe larwy, wijące się na wszystkie strony. Wydawało jej się, że słyszała ich wściekły pisk. Gdyby patrzyła na te stworzenia jeszcze trochę, to by zwymiotowała.
Ten widok ją zasmucił. Czy mogła coś zrobić? Jakoś cofnąć to wszystko i przywrócić to miejsce do jego cudownej perfekcji?
Za sobą usłyszała jakiś szmer. Postanowiła, że się odwróci, ale nie mogła się na to zdobyć. Próbowała się zmusić, ale jedyne, na co się zdobyła, to dwie ogromne krople łez. Nie bała się, o nie. Była tak przerażona tym, co mogła tam zobaczyć, że doprowadziło ją to do płaczu.
— Rusz się, głupia!
Nie wiedziała skąd wzięła się tu ta dziewczynka, ale stała teraz przed nią z oburzoną miną i tupała nogą. Jej spojrzenie wierciło dziurę w duszy Katheriny.
— Nie mogę! — Przełknęła ślinę czując, że panikuje. Dłonie jej się trzęsły, a ona nie mogła tego opanować. — Co tam jest?
— Jak się nie odwrócisz, to się nie dowiesz. No, nie patrz tak na mnie! To ja mam sześć lat, a jakoś to właśnie ty robisz teraz pod siebie ze strachu. Wstyd!
Dziewczynka podeszła do niej i westchnęła gniewnie. Podskoczyła, aby dosięgnąć twarzy Katheriny, i po prostu ją spoliczkowała. Złapała się za piekący policzek, czując nagły napływ złości.
— Dlaczego to zrobiłaś?!
— Widzisz? A jednak umiesz się ruszać! To odwróć się i rób swoje.
W sumie, gdy o tym pomyślała, ta mała miała rację. Wstyd było się przyznać, ale to dziecko miało więcej rozumu od niej, ponad dwudziestoletniej kobiety. Stała tutaj, sparaliżowana i przerażona, a tak naprawdę to trzymało ją w miejscu. Nie mogła ruszyć naprzód, bez uprzedniego pokonania swoich lęków.
Zrobiła tak, jak powiedziała dziewczynka. Odwróciła się i stanęła twarzą w twarz z jednym ze swoich koszmarów. Widok był przykry, ale musiała to zrobić. Z ciemności wyszła pokraczna postać, z wykrzywionymi nogami i rękami. Była cała poparzona, a brzuch i genitalia osłaniał dziwaczny, biały pancerz, pokryty czarną mazią. Ten stwór miał ponad dwa metry wzrostu i twarz jej brata, równie doskonałą, jak tamtego dnia. Było tylko jedna różnica — brak jakichkolwiek emocji. Miała wrażenie, że patrzy na maskę.
— Jak mam go pokonać? Przecież nie mam żadnej broni… — Katherina nie chciała usłyszeć odpowiedzi, której się spodziewała.
— Masz, głuptasie. Jesteś przecież potężna! Twoja siła zniszczyła puszczę. Możesz wszystko, tylko to poczuj!
Wzięła głęboki oddech, po czym westchnęła. Rozprostowała palce i zamknęła oczy, słysząc zbliżające się kroki pokraki. Usłyszała szum wiatru, uderzenia piorunów. Poczuła ruch za sobą, co było dobrym znakiem. Minęła dłuższa chwila, nim uchyliła powieki. Stwór był już na wyciągnięcie ręki.
Zza jej pleców wyskoczyły dymiące się cienie, skutecznie odgradzając ją od stworzenia. Postacie, choć bez żadnych widocznych szczegółów, posiadały hełmy, tarcze i długie włócznie. Stały między nimi prosto i ani drgnęły, jak rzeźby. To próbowało się przedrzeć, ale cienie skutecznie blokowały drogę.
Stwór cofnął się, warcząc wściekle. Dopiero teraz zauważyła, że jego ciało pokrywały małe, wijące się robaki. Wiedziała, co musi zrobić, choć nie mogło być to proste.
Wybacz mi. To już nie jesteś ty.
Jej dłonie zaczęły się dymić, choć nie były gorące. Czuła, jak rośnie w siłę. To było ekscytujące i niezwykłe, szło w parze z euforią. Zupełnie jak nagły zastrzyk adrenaliny.
Ruszyła na to, co zasłaniało się twarzą jej brata. Musiała to zabić, jeśli chciała się stąd wydostać.  

***

Bernard wrócił z Katheriną do domu. Nie mógł zostać zauważony, niosąc jej bezwładne ciało środkiem miasta, więc użył jednego ze swoich licznych talentów. Tam, w jaskini, próbował robić dobrą minę do złej gry tylko po to, żeby jej nie wystraszyć. Niestety, stało się to, czego się obawiał. Jej umysł zaczął się bronić i tylko Bogowie raczą wiedzieć, co teraz przeżywała.
Siedział przy jej łóżku już dobrą godzinę, ale nic specjalnego się nie działo. Widział ruch pod jej powiekami, jak podczas snu, ale to był akurat dobry znak. W stanie, w którym teraz była, mogła nawet umrzeć. Cokolwiek działo się w jej głowie, nie mogło być to takie złe, bo radziła sobie.
Czuł zmęczenie, a przecież zostawienie jej samej na chwilę raczej nie poskutkuje żadną tragedią. Wstał i wyszedł z jej pokoju, zostawiając otwarte drzwi. Zszedł na dół i skierował się do kuchni. Wstawił czajnik na gaz i wsypał do filiżanki cztery łyżeczki kawy. Niemal usnął, czekając aż woda się zagotuje.
W końcu nadszedł ten moment. Wybawienie. Zalał kawę wrzątkiem, czując przy tym unoszący się w powietrzu zapach. Był przyjemny, orzeźwiający. Bernard po prostu uwielbiał kawę. Za perełki z Gór Ognistych oddałby duszę.
Wziął filiżankę i skierował się na górę, by doglądać Katheriny. Był tuż przed drzwiami, gdy usłyszał coś niepokojącego. Nie zastanawiając się ani minuty, upuścił filiżankę i wbiegł do jej pokoju. Dziewczyna wyglądała tak, jakby miała napad epilepsji. Nie mogła złapać powietrza, mając otwarte oczy, choć źrenice schowały się w oczodołach, zostawiając jedynie widoczne białka.
Rzucił się w jej stronę i złapał ją za ramiona, próbując ją ustabilizować. Wiedział, że nie powinien ingerować w to, co się teraz działo w jej umyśle, ale miał wyboru. Mogła umrzeć, a tego nie chciał. Kochał ją jak własną córkę, której nigdy nie miał.
— Katherino! Posłuchaj mnie uważnie. Cokolwiek się dzieje, dasz sobie radę. Jesteś silna i dobra, poradzisz sobie z tym. Jak nie ty, to kto?

***

Stwór dusił ją, uśmiechając się paskudnie. Jego spalone ciało zaczęło ją wchłaniać, zaczynając od nóg.
…dasz sobie radę. Jesteś silna i dobra, poradzisz sobie z tym. Jak nie ty, to kto? Katherino, błagam cię. Musisz żyć. Musisz!
— Bernard? — jęknęła, słysząc jego głos gdzieś z oddali. Nawet teraz chciał jej pomóc, wesprzeć ją.
Nie chciała robić temu większej krzywdy, przez co była teraz w tej sytuacji. Łzy spływały jej po twarzy, ale wiedziała, że nie ma wyboru.
Złapała to za twarz i zaczęła naciskać palcami na oczy. To coś zawyło, gdy udało jej się przebić gałki oczne. Dzięki temu była wolna. Została odrzucona, uderzając mocno o twarde podłoże. Natychmiast wstała, nie czując już nic. Ani bólu, ani smutku. Po prostu niczego. Oddychała ciężko, chcąc jedynie zabić potwora. Rzuciła się w jego stronę, czując napływającą siłę wewnątrz siebie. Dłonią przebiła się przez klatkę piersiową stwora, chwytając jego nadal bijące serce. Wyrwała je, obryzgując się krwią. Gdy widziała wijące się ciało kreatury, po prostu zmiażdżyła jej serce w dłoni.
Przyglądała się agonii potwora. Gdy ostatecznie skonał, splunęła na jego truchło.
Dyszała, patrząc na truchło. Czuła niezwykłą radość i ekscytację, adrenalinę, euforię. Nie pamiętała, kiedy ostatnio była tak szczęśliwa.
— Brawo! Udało ci się! — Dziewczynka pojawiła się znikąd, śmiejąc się. Według niektórych nie ma niczego, co może być bardziej radosne niż dziecięcy chichot. W Katherinie budził niepokój i odrazę. Mała założyła na twarz czarną maskę, przypominającą wyglądem Bestię. Ba, była wręcz identyczna. — Ceną bezwzględnej doskonałości jest wyparcie się człowieczeństwa. Pamiętaj o tym, gdy pójdziesz dalej.
Dziewczynka odwróciła się i oddaliła się, przeskakując z nogi na nogę. Nuciła melodię, którą Katherina już gdzieś słyszała. Ale muzyka po chwili zaczęła dobiegać z innego kierunku. Postanowiła pójść za dźwiękiem, mając nadzieję na nieco łatwiejsze zadanie.

***

Nie wiedziała kiedy i jak, ale znalazła się w domu Lawrenców, słuchając koncertu razem z Vincentem. Pamiętała to, przecież już tu była. Spojrzała w dół, chcąc zobaczyć swoje ubranie. Nawet to się zgadzało! Była identycznie ubrana, miała taką samą fryzurę, a nawet siedzący obok niej Vincent niczym nie różnił się od tego, którego poznała tamtej nocy. Och, jak bardzo chciałaby wrócić do tej chwili, gdy się poznali. Wszystko wydawało się takie proste i nieskomplikowane, wręcz idylliczne. Dwoje ludzi spotyka się w celach politycznych, ale cieszą się swoim towarzystwem i czasem, który ze sobą spędzają.
Chciałabym wrócić do nocy, w której się poznaliśmy. Tak bardzo…
Siedziała i przyglądała się ludziom, orkiestrze, Vincentowi. Nie mogła zaprzeczyć, że coś było nie tak. Może dlatego, że nikt ze sobą nie rozmawiał? Grała muzyka, a mimo to brak innych dźwięków był przytłaczający. Martwa cisza, której nie mąciła nawet delikatna melodia. Myślała, że zaraz zwariuje.
Oczywiście mogło być gorzej, jak zawsze. Nagle zgasły wszystkie światła, ale już po kilku sekundach oślepił ją jakiś reflektor, skierowany prosto na nią.
— Och, co jeszcze? Już mam tego dosyć!
Po chwili widziała już więcej, niż wypalające oczy światło. Zarówno goście, jak i orkiestra, siedzieli nieruchomo, jak zatrzymani w czasie, a na twarzach wszystkich znajdowały się białe maski z otworami na oczy. Były identyczne, bez żadnych zdobień. Dreszcz przeszedł jej wzdłuż kręgosłupa, gdy to wszystko do niej doszło.
Zdezorientowana i bezsilna w tej sytuacji, zdecydowała się na coś, co na pewno nie było mądre. Zaczęła machać dłonią przed twarzą Vincenta, jakby to miało magicznie przywrócić wszystko do normy. Chciała zdjąć mu maskę, ale ta ani drgnęła. Dokładnie to samo zrobiła z resztą najbliższych gości, ale skutek był identyczny. Zdenerwowała się i wstała, od razu łapiąc Vincenta za ramiona. Nie potrząsała nim, a wręcz go szarpała.
— Obudź się, do cholery! Chciałam zniknąć i oszczędzić ci tego gówna, a ty co?! Musiałeś przyjść ze swoimi pretensjami i jeszcze robić mi nadzieję? Że niby coś do mnie czujesz?! I zobacz, jak to się wszystko zajebiście skończyło! — Puściła go i odsunęła się, zgarniając kosmyki włosów za uszy. — Kolejna ofiara samej mojej obecności! Przecież mogłeś mieć każdą dziewczynę w tym cholernym mieście. Musiałeś wybrać akurat mnie? Ty idioto!
Czuła, że zaraz wybuchnie. Wszystko się w niej gotowało, miała ochotę coś rozwalić, zabić kogoś za sam fakt przebywania teraz w pobliżu. Najlepiej ukarałaby sama siebie za bycie taką, a nie inną, ale okładanie się po twarzy raczej dużo by nie zmieniło. Wiedziała to, a mimo to cały ten gniew przyćmiewał jej racjonalne myślenie.
— Matka nie byłaby z ciebie dumna, drogie dziecko. Kim jest ten młodzieniec, że wywołuje w tobie takie emocje?
Odwróciła się i zamarła, ale po chwili znów była wściekła. Nie widziała ojca, od kiedy w przypływie szału przywołała swoje cienie. Skręciły mu kark.
— Nazywa się Pies. I jebał zarówno ciebie, jak i twoją matkę. Przecież ty nie żyjesz! Nikt cię tu nie chce, wynoś się.
— Nie musisz być dla mnie taka ostra. Chciałem tylko twojego dobra, a ty jak się odwdzięczasz? Dzięki mnie sam kanclerz cię przygarnął, uznając za córkę. Dzięki mnie!
Patrzenie na niego sprawiało jej fizyczny ból. Wysoki, chudy, łysiejący. Nigdy nie był urodziwy, ale charakterem też tego nie nadrabiał. Do dziś miała koszmary związane z jego metodami. Pamiętała jego szkolenie, gdy zmarł Sebastian. Brat zawsze był dla niego bardziej wartościowy od niej, bo był chłopcem, ale niestety okazało się, że Katherina zawsze była od niego silniejsza, ale jej moc pozostawała ukryta. Dopiero w noc śmierci brata jej ,,talent’’ się ujawnił, wręcz wybuchł. Dosłownie.
Ojciec chciał, by była mu posłuszna i uległa. Chciał użyć jej mocy do własnych celów, które zawsze miała gdzieś. Bił ją, zamykał w małych pomieszczeniach na długie godziny, a gdy nie wyszło jej coś, czego oczekiwał, to szczuł ją psami. Ale ostatecznie dostał za swoje, a ona…
Niczego nie żałuję.
— Naprawdę myślałaś, że mógłbym cię kochać? Własny ojciec tobą gardził, a co dopiero ja. — Katherina odwróciła się. Na twarzy Vincenta nadal była maska, ale to on zabrał głos. — Masz rację. Mogę mieć każdą. A ty nie jesteś od ,,każdej’’ nic lepsza. Chciałem cię mieć tylko na jedną noc, i tyle. I tak na nic więcej nie zasługujesz.
— Nieprawda… — mruknęła, cofając się o krok. — To nie jesteś ty. Nie ty tak mówisz.
Vincent zaczął się śmiać, tak samo jak jej ojciec. Po chwili dołączyli do nich wszyscy goście, a ona miała ochotę uciec z płaczem.
— Oj tam, oj tam. Nie daj im się, Katherino. Przecież to nędzne robaki, które możemy rozdeptać! No dalej! Złap mnie tylko za rękę, a świat będzie nasz. Zobaczysz! — Dziewczynka wyciągnęła do niej rękę, ale ona jej nie chwyciła.
Co miała zrobić? Oni wszyscy jej nienawidzili, szydzili z niej. Dokładnie wiedzieli, jakim potworem była. Nie dość, że zabiła ojca, to jeszcze matkę. Gdyby nie musiała jej rodzić, to nadal by żyła. Ale ona wykrwawiła się, wydając Katherinę na świat.
Czuła się bardziej samotna, niż kiedykolwiek. Albo odpychała od siebie ludzi, albo ich krzywdziła. Nie miała nikogo i tak już miało zostać. Po co jej ta siła? Żeby sprawiać innym cierpienie? Przywołać deszcz, gdy słońce za bardzo ją przygrzeje? To wszystko było bez sensu. Beznadziejne, jak jej całe życie! Powinna była umrzeć przy porodzie, a może matka by żyła! I Sebastian, i ojciec, ludzie z tej biednej wioski, wszyscy!
Niespodziewany ryk jakiegoś stwora uciszył całe towarzystwo. Zaczęli krzyczeć, kładąc się na podłodze i wyjąc z bólu. Katherina odwróciła się, szukając źródła tego dźwięku. Jej nic nie było, ale ci ludzie byli w agonii. Czy ich żałowała? Ocierając łzy z twarzy uznała, że nie.
Z cienia zaczęła wyłaniać się ogromna Bestia, krocząc dostojnie. Każde jej warknięcie sprawiało obecnym jeszcze większy ból. Stwór usiadł obok Katheriny i zaczął się zmniejszać, przybierając ludzką postać. To zdecydowanie był mężczyzna, ale taki, jak jej cienie. Żadnych cech szczególnych, po prostu czarna masa okuta w zbroje. Nawet w tej formie wydawał się ogromny. Jak na człowieka.
Nigdy nie będziesz sama, Katherino. Dołącz do mnie. Ze mną będziesz szczęśliwa, a ja zawsze będę przy tobie. Nigdy cię nie opuszczę.
Znała te głosy. Męski, donośny, i żeński, bardzo kobiecy, niemal uwodzicielski.
— Nigdy?
Nie widziała sensu w dalszej walce. Ostatecznie i tak zostanie sama, a mając jego… To, Bestię, jakkolwiek by tego nie nazwać, nie będzie już samotna. On chciał, by z nim była, z własnej woli, a nie dlatego, że ktoś go zmuszał. Ani obowiązek, ani ludzie.
Nigdy… Weź jej dłoń, a już nigdy cię nie opuszczę.
Westchnęła ciężko, czując ogromne zmęczenie. Dziewczynka stała w tym samym miejscu, czekając na jej decyzję. Katherina nie wahała się już dłużej. Chwyciła ją za dłoń, godząc się ze wszystkim, co miało nadejść.

***

Bernard drzemał na krześle przy łóżku Katheriny. Wcześniej czytał książkę, która już od jakiegoś czasu wysuwała mu się z dłoni. Gdy uderzyła o podłogę, Bernard miał niemal zawał. Był z tego jeden plus — od razu się obudził, wręcz podskakując na krześle.
Spojrzał na dziewczynę, chcąc się upewnić, że wszystko było dobrze, ale chyba jednak nie było. Leżała płasko, wpatrując się w sufit. Na jej twarzy dostrzegł schnące już łzy, ale żadnych emocji. Wyglądała jak lalka, a nie jak człowiek.
— Katherino? Wszystko w porządku? Kiedy się obudziłaś? Jak się czujesz?
— Jest dobrze. — powiedziała zachrypniętym głosem tak cicho, że ledwo ją usłyszał. — Chcę zostać sama…
— Jesteś pewna? Może czegoś potrzebujesz, albo…
— Wyjdź! Proszę…
Nic już nie mówił. Zabrał swoją filiżankę i książkę, po czym wyszedł. Martwił się o nią. Bariera została zdjęta, ale nie przeczuwał niczego dobrego.

~~~*~~~

No cóż. Napisałam, to jest, a ocenę pozostawiam tam :) Mam nadzieję, że się podobało.
Kolejny rozdział może się pojawić za dobre sześć tygodni. No chyba, że sklecę coś wcześniej, ale nic nie gwarantuję. Obiecanki cacanki, co nie?

Do zobaczenia dzieciaczki!